Imprezy

Relacje z imprez w których braliśmy udział.

Moskwa, 1612 + 400

Moskwa, 2012.07.05-09

Wiedzieliśmy, że będzie ciężko: że będziemy daleko od domu, osaczeni przez białe niedźwiedzie* i Rosjan chcących nas pokonać swoim samogonem. Naszej bandy straceńców nie odstraszyła nawet potworna wizja odcięcia na kilka dni od fejsika roamingiem o bandyckich cenach. Jechaliśmy w piekło.

Sześcioosobowa reprezentacja WKSu ruszyła z Wrocka w środę o 16:00. W sześć godzin dojechaliśmy do stolicy i dopakowaliśmy się dzięki geniuszowi krakowskich planistów. Autobus rozpoczął swój ostatni rejs spod Arsenału o 23:00 naszego czasu. Widmo wielogodzinnej gehenny wpędziło załogę w grobowy nastrój -- panowała pełna powaga, nikt nie śpiewał ani nawet nie rzucił krotochwilnym pawiem.

Wraz z upływem czasu nastroje nieco się polepszyły, głównie dzięki leczniczym driakwiom i starannie dobranemu repertuarowi filmowemu. "Rozmowy o wycinaniu lasu" poprawiły humor i nauczyły nas kilku trików na siekiery oraz sekretów rybołówstwa, "1612" zadowolił szermierzy szkoły hiszpańskiej i miłośników jednorożców, "Hydrozagadka" pokazała dlaczego muszkieter nigdy nie rozstaje się ze swoim kapeluszem. Pojedynki strzeleckie w "Sukiyaki Western Django" z pewnością zainspirowały niejednego do pracy nad zwiększeniem tempa ładowania. Wisienką na torcie była "Baraka", której wartka akcja ożywiła nas przed granicą z Rosją.

Zanim jednak wkroczyliśmy na rosyjską ziemię konieczny był 9 godzinny postój na miejsce którego wybralismy Wilno. Litwa okazała się podobna do Polski, tyle że z końcówką -as. Mieliśmy sporo czasu na łażenie, autobus czekał na nas w pobliżu dzielnicy Stare Miasto.

Duże wrażenie zrobił cmentarz na Rossie, na którym pochowani są polscy żołnierze i harcerze polegli w 1919, 1920, 1939 i 1944 oraz cywile o swojsko brzmiących nazwiskach. Gdy zwiedzaliśmy nekropolię niebo płakało ale słońce wysuszyło nas podczas spaceru po starówce. Ta ostatnia była śliczna i rozległa, gdyby nie zmęczenie i niedospanie na pewno zajrzałbym do każdego z licznych kościołów, cerkwi i muzeów które stawały nam na drodze.

Po kilku godzinach nasza trójosobowa grupka, która odłączyła się od twardych zwiedzaczy, zrejterowała w okolice autobusu pokrzepiając się po drodze lokalnym piwkiem i litewską knyszą. Straciliśmy tym samym możliwość obejrzenia pochodu litewskich czirliderek, zyskaliśmy okazję do wyłożenia się na trawie w pobliżu autokaru.

Po 16tej naszego czasu ekspedycja ruszyła w dalszą drogę. Dość sprawnie przejechaliśmy terytorium Litwy i Łotwę by przed północą dotrzeć do granicy łotewsko-rosyjskiej. Tu zaskoczył nas (a zwłaszcza naszych kierowców) fakt, że autokary nie miały osobnego pasa. W związku z tym straciliśmy sporo czasu wycofując się na koniec długiego sznura osobówek, co nastąpiło po godzinnych negocjacjach z łotewskimi celnikami. Doświadczeni weterani wschodnich granic udali się więc na spoczynek by powitać ranek na początku kolejki. Rozpoczęła się batalia papierologiczna w której dzielnie uczestniczyli kierowcy i Tomek Rejf wspomagani przez tłumaczącego na rosyjski Krzyśka. Przybijanie pieczątek z Łotyszami było jednak tylko przedsmakiem tego, co czekało nas u Rosjan.

Brzęknęła zasuwana kolczatka i rozpoczęło się misterium tworzenia bumag. Mimo mocnych papierów od zapraszających nas gospodarzy i rozsądnego podejścia celników (nie kazano nam rozładować całego autobusu, prześwietlali tylko bagaż osobisty zupełnie ignorując przewożone w nim gadżety w stylu pistoletów i broni białej) odprawa pochłonęła kolejnych kilka godzin. Czekaliśmy więc w poczekalni, czekaliśmy na krawężnikach, czekalibyśmy i w autokarze gdyby dało się tam wytrzymać w słońcu przy wyłączonej klimie. W tym czasie w odległej kanciapie oprawcy pracowali nad Tomkiem Rejfem i naszymi kierowcami zmuszając ich do podpisywania tony jakichś tajemniczych formularzy.

Koniec końców, po dwunastu (!) godzinach, kiedy towarzystwo zaczęło dostawać głupawki i robić sobie fotki z piwem i transparentami na tle granicznej infrastruktury zapędzono nas do autobusu. Na horyzoncie pojawił sie Rejfiak z nieco tylko wypranym mózgiem. I tak się ucieszyliśmy ruszając M9 ku stojącemu w zenicie słońcu, że całkowicie zignorowaliśmy jego próby przekonania nas do jedynego słusznego, radzieckiego ustroju ;)

Dopiero podróżując M9 (jednej z głównych dróg łączących Moskwę z zachodem) poczuliśmy, że nie jesteśmy na swojej dzielni. Szeroka, prosta jak strzelił szutrowa droga z elementami asfaltu podążała ku horyzontowi wśród olbrzymich pól porośniętych Barszczem Sosnowskiego

Pustynny, nieco postapokaliptyczny klimat pogłębiały z rzadka przejeżdżające samochody i zaniedbane stacje benzynowe. Paliwo kosztowało poniżej 3zł/litr, jeżdżąc po Rosji można przyoszczędzić na zakupie wachy i odłożyć sporą kwotę na remont zawieszenia. Nasz dzielny, pełnoletni autokar bez protestów łykał rosyjskie bezdroża, odpadło nam tylko prawe lusterko (fachowo naprawione dzięki patykowi i pepsonowej powertape).

Tłukliśmy się ze średnią 100km na 2h. Podczas fazy zaopatrzenia okazało się, że na zachodnich rubieżach nie ma co marzyć o użyciu kart płatniczych, sponsorami byli więc zapobiegliwi tradycjonaliści z rublami lub inną twardą walutą. Ruch był niewielki, na szosie spotykaliśmy egzotyczne dla nas produkty radzieckiej motoryzacji: megaterenowe kamazy, stuningowane łady i wołgi - takich kwiatków nie uświadczy się po naszej stronie księżyca. Czasami mignęło wśród nich jakieś zbłąkane Porsche Cayenne wiozące pewnikiem w bagażniku zwłoki do ukrycia w barszczowym gąszczu..

Kiedy obudziłem się w Moskwie, okazało się, że autobus teleportował się do innego świata. Snuliśmy się przykorkowaną, gładką jak stół sześciopasmówką mijając przeróżne luksusowe fury rywalizujące z dużo mniej luksusowymi ładami, wołgami i innymi moskwiczami. Neony, drapacze chmur i inne wielkomiejskie atrybuty dopełniały obrazu metropolii, do której zwinięto cały asfalt z zachodniej Rosji by zbudować trzy obwodnice.

Po wykonaniu kilku telefonów udało się zlokalizować i wjechać do parku Kołomienskoje, na terenie którego odbywał się festiwal. Była sobota, 2:00 czasu moskiewskiego: spóźniliśmy się na początek imprezy zaledwie o jeden dzień, podróż z Wrocka zajęła 56 godzin.

Na parkingu powitał nas Fiodor, srogi dowódca strzelców moskiewskich poznanych na Bourtange. W trakcie imprezy oddał dowództwo nad swoim oddziałem i pełnił rolę koordynatora całości. Pokazano nam miejsce na obóz, czym prędzej przystąpiliśmy do jego stawiania. Ponieważ Czesi i Ukraińcy zajęli już cały plac w ewropejskim łagierze musielismy skitrać się w krzakach, co jak się okazało wyszło nam na dobre. Dzieki temu obozik wyszedł kompaktowy i przytulny, chociaż rozciągnięty.

W nocy poprzestaliśmy na rozbiciu minimalnej ilości namiotów, w których większość legła odsypiać trudy podróży. Dzieła dokończyliśmy następnego dnia rozpinając miedzy drzewami daszek kuchenny i składając meble. Zmieścił się nawet cyrk Rejfa, w którym stanęło królewskie łoże i w którego częsci powstała później kabina prysznicowa. Mieliśmy to szczęście, że wylądowaliśmy obok beczki p-poż, która okazała się jedynym źródłem wody do mycia. Tak jest - mimo rozsądnej ilości tojek i dostępności zgrzewek butelkowanej mineralnej żadnego dostępnego ujęcia wody nie było, co było mocno niewygodne po ponad dwóch dobach spędzonych w autokarze. Śmierdzieliśmy więc nieludzko, co przyczyniało się do zwiększenia poziomu rekonstrukcji obozu wojskowego.

Zaraz po rozstawieniu gratów zapragnęliśmy wyczarować wrzątek. Okazało się, że na terenie parku nie wolno palić ognia bezpośrednio na ziemi (nie można było kopać dziur i niszczyć trawnika). Udało nam się pożyczyć z kozackiego taboru wóz, którym dowieźliśmy do naszego obozu pożyczone blaszane palenisko i zapas porąbanego drewna brzozowego. Przy okazji naszych poszukiwań zlokalizowaliśmy na terenie parku polową stolarnię, w której powstawały wozy, pale do budowy umocnień, hiszpańskie kozły, hulajgrody i inne solidnie wyglądające konstrukcje. Od razu przypomniała mi się ekipa kilku kolesi z kupką oberżniętych desek zbijających marną palisadkę w trakcie słynnej warszawskiej inscenizacji Kłuszyna i nasze wycieczki po gałęzie do budowy kobylnic..

Po długiej walce z krzesiwem i przeróżnymi materiałami trudnopalnymi zapłonął ogień. Byliśmy rodzynkiem - w większości obozów palenisk nie było. Okazało się jednak, że nie ma sensu gotować na nim nic oprócz wody - dostaliśmy bowiem bloczki na 6 posiłków rozdawanych przez katering. Pakowane w szczelne pojemniki dania były smaczne i spokojnie wystarczały do zaspokojenia apetytu. Mieliśmy dzięki temu sporo wolnego czasu, panie mogły zając się szydełkowaniem, a panowie czyszczeniem broni i brudnych paznokci.

Ponieważ część osób pojechała metrem zwiedzać Moskwę, a nasze pierwsze ćwiczenia piechoty zaplanowane były dopiero na popołudnie mogliśmy poświęcić czas na zwiedzanie terenu festiwalu. Tuż obok przepływała rzeka (w której jednak gospodarze nie radzili się kąpać), promenada prowadziła do przystani przy której parkowały statki spacerowe. Odległe wieżowce nie rzucały się specjalnie w oczy, nad wszystkim górowała wieża starorosyjskiej cerkwi. Całość przypominała trochę pola grunwaldu - kilkuset uczestników mieszkało w podobozach otoczonych szczątkowymi umocnieniami -- wydzielono obóz moskiewski, europejski oraz tabor kozacki. Swoje miasteczko dostali rzemieślnicy, którzy prezentowali swoje warsztaty. Osobno zgromadzono handlarzy fantami dla rekonstruktorów, a cepeliada rozstawiona była na tyle daleko, że nie przeszkadzała. Między obozami, na trawie rozstawiono kilka drewnianych scen na których przygrywały zespoły muzyki dawnej, odbywały się pokazy tańców, spektakle etc. Pomiędzy tym wszystkim odbywały się atrakcje dla turystów (na przykład nauka strzelania z łuku lub musztry pikinierskiej), turnieje i konkurencje dla uczestników. Główne pokazy rozgrywały się na dużym placu otoczonym barierkami przy którym wzniesiono trybuny dla oglądających. Przez cały dzień prezentowała się tam konnica (wśród niej gniewscy husarze), pikinierzy i muszkieterowie. Tam mieliśmy manewrować wspólnie z Ukraińcami, na tymże placu miała odbyć się inscenizacja.

Obsypaliśmy się rosyjskim prochem (był paczkowany w nieprzyzwoicie małe porcje, do pulwersaka wchodziło mi cztery) i przygotowaliśmy się do polsko-ukraińskich manewrów. W trakcie inscenizacji mieliśmy stanowić jedną formację, musieliśmy więc wcześniej conieco poćwiczyć.

Przemaszerowaliśmy na przyszłe pole bitwy i przy mieszanej polsko-niemiecko-ukraińskiej komendzie ćwiczyliśmy manewry bardziej (strzelanie szeregami w kontrmarszu) i mniej znane (np. zawrócenie formacji bez zmiany szyku). Kozacy okazali się bardzo dobrze wyszkolonym oddziałem, każdy żołnierz znał swoje miejsce w rzędzie i szeregu (stąd ostatni manewr). W porównaniu z nimi nasza zbieranina ochotników z niewielką domieszką weteranów wypadła dość blado. Zgodnie z życzeniem organizatorów pozostawiliśmy pobojczyki w obozie, dużą innowacją było strzelanie w dół, które jest wschodnim standardem. Z tego co widziałem Czesi walili po swojemu w górę, ale my musieliśmy się dostosować, ponieważ strzelaliśmy wspólnymi szeregami. 'W dół' strzelaliśmy we wszystkich przypadkach oprócz palenia kilkoma szeregami jednocześnie. Praktykowaliśmy więc salwy i łażenie aż zaczęło coś z tego wychodzić. Nietypowe schodzenie szeregów w bok i rozwijanie formacji bojowej z marszowej przećwiczyliśmy już poza sceną.

Po zakończeniu musztry, nasze sobotnie obowiązki się skończyły. Rozpoczęła się część towarzysko-rozrywkowa. Wysyłaliśmy delegacje i przyjmowaliśmy gości przy naszych stołach. Poznaliśmy kilka nowych osób i spotkaliśmy starych znajomych. Grzechu dzielnie reprezentował nas w obozie strzelców moskiewskich: nasi przyjaciele byli trochę zabiegani, ale co jakiś czas dosiadał się do niego nowy zmiennik, z którym musiał się napić. Udało się go uratować, wachtę w moskowskim łagierie przejął Trollu z kolegami. Imprezowaniu sprzyjała wyjątkowo jasna noc -- czas moskiewski to +2 godziny, bardzo późno robi się tam ciemno i dziwnie wcześnie wschodzi słońce. Zanim rozeszliśmy się do zajęć w podgrupach rozegraliśmy towarzyską partię TODITO dopijając ostatnie butelki napojów o różnych smakach (nie zmogliśmy tylko straszliwej gruszkówki, pomny doświadczeń z bimbrem Stefana uważam, że TODITO wymaga pewnego poziomu trunku).

Zgodnie z umową zerwaliśmy się po szóstej, dobudziliśmy kawą, zjedliśmy szybkie śniadanie i po siódmej dojechaliśmy metrem na stację Teatralnaja. Z ekipy odpadł Mrówa trapiony żołądkową zemstą Stalina. Metro było podobne do tego w Warszawie, tylko mapka trochę bardziej skomplikowana ;) Będąc świeżo po lekturze "Metra 2033/4" żałowałem że nie mamy czasu pozwiedzać poszczególnych stacji -- pozłacane sierpy i młoty, marmury i inne freski migały nam podczas mijania kolejnych przystanków.

Na powierzchnię wyszliśmy w pobliżu Placu Czerwonego. "Czysto. Skromnie, ale czysto" - tak powiedział ponoć rosyjski oligarcha zwiedzający Luwr. Tu skromnie nie było. Prawdopodobnie obowiązują wytyczne, że każdy plac musi mieć co najmniej kilometr długości, co się da trzeba obłożyć egzotycznym marmurem i pozłocić, każdy pomnik ma mieć minimum 10m wysokości, a każda droga minimum 6 pasów. Schodziliśmy więc podeszwy fotografując się na tle przeróżnych gmachów, kolorowych cerkwi i pomników, udało się nawet załapać na plan zdjęciowy filmu o pionierach przed mauzoleum Lenina. Delegaci Roty podjęli próbę sfotografowania się ze sztandarem na tle Kremla (skądinąd tenże sztandar brał podobno udział w oblężeniu), co wzbudziło błyskawiczną reakcję stróżów prawa. Pomimo podjętych starań nie udało się również pozyskać gwiazdy na choinkę Jarka Przybyło, przepraszamy.

Na zwiedzanie Kremla niestety nie mieliśmy czasu (kolejki do wejścia ustawiają się już przed otwarciem), zaszliśmy jeszcze do pobliskiego parku i ukoronowaliśmy wyprawę szejkiem za pięćdziesiąt rubli.

Zaraz po powrocie okazało się, że nasz regiment zbroi się do kolejnej musztry rozpoczynającej się o 11tej. Nie wszyscy zdążyli się stawić w szeregu, przystąpiliśmy więc do ćwiczeń w nieco przetrzebionym składzie. Powtórzyliśmy sobotnie manewry, tym razem wypadły nieco lepiej. Dreptanie w pełnym słońcu dało nam w kość, ale dzięki dziewczynom donoszącym wodę dało się przeżyć. Dodatkową atrakcją była reanimacja przegrzanego Trolla.

Zmęczeni wróciliśmy do obozu, chwilę później odwiedził nas ktoś z organizatorów pytając o drużynę chętną do udziału w konkurencjach strzeleckich. Nie było łatwo zebrać ósemkę strzelców, ale w końcu zebraliśmy czterech muszkieterów i czterech rociarzy. Po krótkich ćwiczeniach ładowania na sucho stawiliśmy się na arenie.

Oprócz nas do zmagań stanęły oddziały z Rosji i Ukrainy. Rozegraliśmy trzy konkurencje strzelania na czas, tym razem używaliśmy pobojczyków. Pierwsza runda polegała na strzelaniu kontrmarszem z czterech dwuosobowych szeregów -- każdy strzelec miał oddać trzy strzały. Ku naszemu zaskoczeniu konkurencję wygraliśmy minimalnie wyprzedzając Rosjan. Do drugiej konkurencji Tomek wybrał czterech muszkieterów - szeregami oddaliśmy trzy strzały, tym razem triumfowali strzelcy moskiewscy.
W finałowej konkurencji zmierzyli się samotni strzelcy. Reprezentowałem naszą ekipę, po nerwowej i emocjonującej rundzie okazało się że ostatni strzał walnęliśmy z Sevką w tej samej milisekundzie. Sędziowie nie wiedzieli co zrobić w takim przypadku, ale uznali w końcu, że remis Polski z Rosją to dobry wynik, który nie zaburzy chwiejnych stosunków dyplomatycznych między naszymi krajami.

Czas wolny przed bitwą spędziliśmy wypoczywając, szukając suwenirów, zwiedzając okoliczną cerkiew. Najtwardsi wylewali pot, krew i łzy w zmaganiach szermierczych, które w naszym podobozie zainicjował Rafał Szwelicki z kolegami. Szczęk broni zwabił amatorów pojedynków z różnych nacji. Szermierzących grupek w obozach było sporo, nie wszyscy używali masek -- nie widziałem jednak poważniejszego wypadku niż zacerowane przez służby ratownicze pchnięcie pod oko, które zainkasował Białorusin z sąsiadującego z nami namiotu. Widziałem nawet śmiałków w kapeluszach rodem z "Alicji z Krainy Czarów", którzy stawali do pojedynków na rapiery sieczno-kolne bez masek z chętnymi turystami -- jakimś cudem nie polała się krew.

O 18tej lokalnego czasu stawiliśmy się na zapleczu sceny by zgodnie ze scenariuszem wkroczyć na pole bitwy jako wsparcie husarii razem z Ukraińcami, białoruskimi pikinierami i czeskimi muszkieterami. Nasi szlachcice przyłączyli się do pospolitego ruszenia. Przed wejściem na plac zostaliśmy drobiagzowo sprawdzeni pod kątem przemycania na bitwę pobojczyków.


fot. Ragulin Vitaliy

Arena zmieniła się nie do poznania -- puste dotąd pole było zastawione fortyfikacjami, wozami, hiszpańskimi kozłami i hulajgrodami. Umocnienia i kilkaset zgromadzonych na polu osób robiło wrażenie. Nad wszystkim unosiły się ramiona żurawi z kamerami i bzyczące drony z podwieszonymi kamerami. Będzie z tego niezły materiał.


fot. Ragulin Vitaliy

Bój trwał w najlepsze, weszliśmy więc na prawe skrzydło polskich sił i ruszyliśmy strzelając kontrmarszem postępującym (który był dla niektórych nowością, bo nie wiedzieć czemu na manewrach go nie ćwiczyliśmy). Kiedy zobaczyliśmy efekty pierwszych eksplozji wbiło nas w ziemię.


fot. Ragulin Vitaliy

Takiej pirotechniki nie było nawet na Bitwie Warszawskiej, która wysoko ustawiła poprzeczkę. Jedyne czego brakowało to kawałków ziemi spadających na łeb. W górę wylatywały za to szczątki manekinów, przynajmniej tak to wyglądało (na wszelki wypadek nie sprawdzaliśmy rozrzuconych po polu urwanych kończyn).



fot. Andrew Boykov

Paliliśmy do wroga wśród dymu i wybuchów, Tomek tracił głos synchronizując rozkazy z ukraińskim dowódcą. Naciskaliśmy na Rosjan ile się dało, ale w pewnym momencie Sevka z kolegami przełamali oblężenie. Rozpoczęliśmy nasz ćwiczony kontrmarsz w bok, by w końcu dać się przegonić z pola.


fot. Andrew Boykov

Wkrótce potem powróciliśmy na arenę by ustawić się do oficjalnego zakończenia imprezy. Organizatorzy wymienili wszystkie występujące grupy, publiczność nagrodziła je oklaskami. Przygotowaliśmy się do salwy na pożegnanie myśląc, że będziemy strzelać na wiwat formacjami. Tu spotkała nas niespodzianka -- wszyscy strzelcy stanęli w długim dwuszeregu, myślę że było nas prawie ze dwie setki. Pierwsza salwa poszła falą, nie wiedzieliśmy do końca kto wydaje komendę i każdy strzelał patrząc na sąsiadów. Zaprawdę, była to najlepsza salwa w mojej muszkieterskiej karierze -- przebiła salwę honorową z Grolle 2010, przebiła wspólną salwę z Bourtange -- staliśmy tak blisko siebie, że efekt dosłownie urywał głowę. Podobnego zdania byli inni strzelcy bo wśród radosnych okrzyków natychmiast jednogłośnie podjęliśmy decyzję o powtórzeniu strzału. Tym razem efekt koordynował Fiodor, który skinięciem buławy wywołał kolejną, jeszcze lepszą, równiejszą i głośniejszą salwę z modyfikatorem -100 do słyszenia. Niejeden popuścił ze szczęścia, wniebowzięci strzelcy zaczęli skandować 'jeszcze jeden' i udało nam się skłonić Fiodora do zabisowania.

Mój prywatny współczynnik zadowolenia przebił jednak skalę podczas rozdania nagród. Najpierw nagrodzono Tomka Rejfa za zaangażowanie organizacyjne, został obdarowany gustownym, malowanym kuferkiem. Potem rozpoczęło się nagradzanie pierwszego husarza, najcelniejszego łucznika i wszystkich innych triumfatorów festiwalowych konkurencji - każdy dostawał dyplomik i jakieś fanty. Wtedy to wezwano nas razem z Sevką jako najszybszych strzelców. Dostaliśmy dyplomy, a mi wręczono muszkiet(!) z kompletem pulwersaków i prochownicą. Nastąpił lekki zgrzyt, bo nagroda była tylko jedna na nas dwóch, ale organizator obiecał zorganizować drugi komplecik po zakończeniu imprezy. Ze swojej strony mogę obiecać, że wygrany sprzęt, zdobyty poniekąd wysiłkiem zbiorowym, posłuży szkoleniu nowych rekutów naszego Polskiego Korpusu Ekspedycyjnego.

Rozochoceni inscenizacją wróciliśmy do obozu, pożegnaliśmy się ze znajomymi i sprężyliśmy przy pakowaniu. Na szczęście autobus podjechał sto metrów od obozowiska, szybko znieśliśmy więc wszystkie bagaże na kupę i pozostawiliśmy planowanie załadunku fachowcom. Tym razem zrealizował się w tym temacie Tomek Pękala -- ułożył tetrisa tak, że nawet nasze torby weszły do luków bagażowych i jeszcze trochę łupów by się zmieściło. Radość z blitzpacku zepsuły nieco poszukiwania Pepsona, który zaginął podczas nadrzecznego rejsu ze swoim przyjacielem i wielkim kolegą z Moskwy. Na szczęście Pepson znalazł się zanim Tomek dostał palpitacji. W drogę powrotną wyruszyliśmy więc o 22.30 czasu moskiewskiego.

Pierwszym punktem naszej marszruty był sklep czynny w niedzielę po 23ciej. Po drodze nie udało się znaleźć supermarketu, trafiliśmy za to do Azbuka - cudownego sklepu w którym za czerstwą bagietkę płaciło się równowartość 13 zyli a komuś podobno udało się znaleźć nawet tackę drogocennych pomidorów za 4000 rubli(!). Sklep działał 24h/dobę, ale po 22giej nie sprzedawano alkoholi powyżej 5%. Zaprawdę, było to magiczne miejsce.

Zaopatrzeni zaatakowaliśmy M9 zatrzymując się z rzadka i ścigając z dwoma pełnymi Czechów autokarami. Zagrożenie było spore, bo mieliśmy się spotkać na tym samym przejściu granicznym. Jednocześnie Czesi mieli jeszcze większy potencjał jeśli chodzi o zgromadzone bumagi - w drodze na imprezę odprawiali się 14 godzin. Szalony wyścig dostarczał nam emocji i urozmaicał poniekąd monotonną podróż. Kierowcy podjęli heroiczny wysiłek dowiezienia nas do domu bez długiej przerwy, do pitstopu zjeżdżaliśmy bardzo rzadko, kontrola przemiany materii była więc kwestią kluczową. O to i o nasze zdrowie dbał nadworny aptekarz Pepson, precyzyjnie dozując lekarstwo (jak wiadomo przedawkować jest bardzo łatwo).

Na granicy byliśmy o włos przed Czechami. Trzy godzinki sprawdzania pieczątek minęły jak z bicza strzelił i Tomek wreszcie mógł się napić. I dobrze, bo już mu ręce zaczęły latać ;) Wyrwaliśmy do przodu coraz lepszymi drogami, wiwatom, toastom i pieśniom nie było końca. Rejs umilał nam rosyjski trubadur podróżujący autostopem - próbował śpiewać i grać na gitarze, ale nasi fachowcy mu ją szybko skonfiskowali bo śpiewali głośniej i lepiej. Świętowanie doprowadziło do pewnych dysonansów - bardziej stateczna część załogi skupiona z przodu nieprzychylnym okiem patrzyła na młodzieżowe harce odbywające się na rufie. Młodsi duchem kontestowali z kolei wapniackie zachcianki (w stylu zamykania okien przy włączonej klimie). Tak to w atmosferze pełnej napięcia udało się dotrzeć do jadłodajni w okolicach Augustowa. Tam zjedliśmy późną obiadokolację, ochłonęliśmy i wkrótce potem (relatywnie) byliśmy w Warszawie.

Peany na cześć festiwalu już były, podsumowywać sam wyjazd będzie trudno. Jazda do Moskwy autokarem od początku wydawała się abstrakcją. Nie wierzyliśmy, że Tomek da radę załatwić wizy i papierologię złożone w ambasadzie kilka dni przed wyjazdem (to świetna dieta, stracił przy tym 4 kilo). Myślałem, że wyjazd upadnie z powodu braku chętnych, którzy się wykruszą. Tymczasem pokonaliśmy system, czas i przestrzeń by posiedzieć chwilę przed namiotem i postrzelać w słusznej sprawie. Bez wątpienia zrealizowaliśmy cywilbandowe hasło hardcore still alive. Cieszę się, że mimo wątpliwości nie wymiękłem i wiem na pewno, że drugi raz nie dam się wkręcić w taki wyjazd. No, chyba że do Omska ;)

Kruku

* białe niedźwiedzie - rosyjski odpowiednik białych myszek - oni tam nie mają nic mniejszego od niedźwiedzia

Galerie, z których czerpałem ilustracje:

* Vitaliy Ragulin - http://dervishv.livejournal.com/376995.html
* Andrew Boykov - http://andrewboykov.livejournal.com
* Tomek Pękala: Droga do i z Moskwy, WilnoWilno - Cmentarz na RossieWilno - Panorama,  Moskwa - KolomenskoyeMoskwa - ObózMoskwa - w poluMoskwa - Plac Czerwony