Imprezy

Relacje z imprez w których braliśmy udział.

Tatai Patara 2012

Tata, 2012.05.18-20

Z powodu entuzjastycznych recenzji Tatai Patara 2011 Tomek Rejf nie miał najmniejszych problemów z zebraniem składu na tegoroczną edycję imprezy. Na Węgry przyjechał więc z Polski pełen autokar, dwa busy i trzy osobówki. Dzięki rodzinie Pękala, która pomogła nam dowieźć namioty i meble mogliśmy skorzystać z tej trzeciej opcji, tym razem WKS wystawił siedmioosobowy skład.

Na znajome już miejsce dotarliśmy skoro świt spotykając po drodze załogę z Krakowa i Kielc. Nasze namioty jeszcze nie dotarły, kimnęliśmy więc w aucie i tymczasowym iglo.

Rankiem zbudził nas Gnom i reszta ferajny z autokaru. Rozpoczęła się standardowa akcja nosicielska, przeplatana kłótniami o kawałek trawnika pod namioty. Po raz kolejny okazało się, że misterne plany nadają się tylko jako substytut papieru toaletowego, bo i tak każdy ma lepszy pomysł, a zwłaszcza gospodarze ;)

W tym roku oprócz naszej znajomej ekipy Bethlen Gábor Hagyományőrség i kilku innych węgierskich grup do Tata przyjechali Czesi, Słowacy i my. Kiedy udało się już wbić ostatniego śledzia okazało się, że polski obóz jest największy. Dużą polanę ufortyfikowaną barykadą z wozów dzieliliśmy z Węgrami, nasze daszki kuchenne i paleniska stały w jednej linii.

Polacy wystawili również podobóz turecki rządzony przez Amdżada Mikiciaka, który zebrał sporą ilość hajduków. Nie wiadomo co ich do tego skłoniło, prawdopodobnie uroda hurys lub pogańskie orgie które odbywały się u Turków w sobotnią noc, ale chłopaki z Tykocina i rociarze zasilili siły tureckich oprawców. Dzięki temu wyznawcy Allaha nie mieli problemów z siłą ognia a potyczki były bardziej zbalansowane.

Zaraz po przebraniu się (chciałem być policjantem, ale małżonka spakowała mi kostium holenderskiego studenta wziętego w kamasze) zawiązała się i ruszyła nasza mutująco-pączkująca grupa kuchenna wspomagana zasobami pobliskiej karczmy Pękalów i stałymi dostawami produktów z pobliskiej Szpary. Dziewczyny zakasały rękawy, panowie od czasu do czasu pochylili się nad drewnem i naczyniami i od tej pory do końca imprezy mogliśmy się cieszyć pełnymi brzuszkami. Zaczynało się robić gorąco, chłodziwem było tradycyjne winko Vilanella mocno chrzczone wodą z kranu. W międzyczasie dołączyły do nas zwiedzające okolice Budapesztu Łosie.

Jedynym punktem programu w piątek (oprócz otwarcia imprezy, w którym brali udział dowódcy grup) był wieczorny przemarsz z pochodniami przez uliczki Tata. Tym razem trasa prowadziła przez puste, boczne uliczki, wydawała się nieco krótsza, podobnie jak węgierskie przemówienia. Wkrótce po oddaniu salwy udaliśmy się do obozu by podczas dyskusji panelowej ustalić, który Tokaj jest lepszy. Niestety, zmęczony całonocnym powożeniem nie udało mi się dotrwać do końca tej pasjonującej konferencji i tradycyjnie zaległem na jednym z wozów barykady. Uśpiły mnie wszechobecne plemienne rytmy.

W sobotę rano, po spożyciu pysznego śniadania, które całkowicie zrujnowało plany bojowe naszego głównodowodzącego, sformowaliśmy oddziały strzeleckie do bitwy na wodzie. Tym razem załapali się wszyscy chętni, obsadziliśmy cztery łajby a naszej dziesiątce dostała się łódź szefa wioślarzy -- jedyna jednostka zbudowana z drewna (przynajmniej w dużej części) i pływająca prosto. Na wodzie żelazną ręką rządził kapitan: musieliśmy strzelać tylko na jego komendę, zakazane było swobodne pętanie się od burty do burty aby nie wywrócić okrętu. Zgodnie z planem wypaliliśmy dwie salwy w łódź turecką, zdobyliśmy ją brawurowym abordażem i w pełnym składzie zaatakowaliśmy twierdzę. Odpowiedział nam słaby ogień n-pla a tureccy łucznicy byli kompletnie zaskoczeni i nie oddali ani jednego strzału.

Po zakończeniu zwycięskiego rejsu mieliśmy trochę czasu dla siebie. Udało się jakimś cudem zebrać większość strzelców w jednym miejscu i pogadać na temat czarnoprochowego BHP. Przekazaliśmy ogólny zestaw zasad bezpieczeństwa, co do których udało nam się porozumieć. Indywidualne przeszkolenia świeżych strzelców zrzuciliśmy na dowódców oddziałów (u nas zajął się tym Tomek Pękala po zakończeniu musztry). Każdy z dowódców pododdziałów starał się ćwiczyć mniej lub bardziej swoich ludzi a przodował w tym pewen samozwańczy oficer z Krakowa, który przywiózł ze sobą spore stadko małopolskich rekrutów (miał nawet osobnego umyślnego do zapinania guzików od wamsu).

Sporo czasu poświęciliśmy na jedzenie, oprócz naszej kuchennej grupy dostawcą pokarmu okazali się gospodarze. W tym roku posiłki były znacznie lepsze: dostaliśmy gulasz z ziemniakami mocno al dente, a następnego dnia pyszne karkówy z frytkami. Nie było problemu z odbiorem żarcia -- delegacje wracały z pełnymi kociołkami, które rozpracowywaliśmy w kuchni.

Druga sobotnia bitwa była dość podobna do zeszłorocznej: ostro strzelaliśmy z kanałów w stronę murów a później odpieraliśmy ataki tureckiej wycieczki, która wyparła nas z fosy. Do walki prowadzili nas doborowi dobosze (Michał Sobstel bił w bęben niczym młodzik z Pourvu Qu'elles Soient Douces) wspomagani przez flecistkę Kaję. Nie robiliśmy straceńczych wycieczek za linie wroga, ale i tym razem w akcji zaginął oddział pikinierów oddzielony masą przeciwników od swojego dowódcy.

Był to koniec sobotnich zmagań, z czystym sumieniem wróciliśmy więc do obozu pokrzepić się trunkami. Tym razem na zamkowym dziedzińcu nie było koncertów i zmagań zespołów, ale gospodarze zagrali nam w obozie, przeprowadzili również naukę swoich tańców-obłapiańców. Plemienne rytmy rozlegały się tu i ówdzie - grajkowie upodobali sobie szczególnie oświetloną pochodniami łódź, dźwięki niosły się po całym jeziorze. W tureckim podobozie w rytm bębenków podrygiwały hurysy a Bączek dorabiał sobie do emerytury dając lekcje tańca brzucha. Nasz obóz muzycznie reprezentował Cez, który acapella nawijał słowiańskim slangiem smutne kawałki. W obozie działało też koło naukowe - dzięki dużym zapasom drewna przeprowadziliśmy eksperyment metalurgiczny na ruszcie Gloyva a Tomala okrasił go fachowym wykładem na temat wydobycia i przetapiania rudy żelaza.

W niedzielę rano turecka zaraza podeszła pod nasz obóz. Posłowanie i rozmowy zakończyły się fiaskiem i mordobiciem, wkrótce po serii chaotycznych alarmów zostaliśmy powołani do obsadzenia barykady. Zanim zaczęliśmy się bić każda ze stron zaprezentowała publicznie długość swojego oręża a nasz generał nie omieszkał pochwalić się naszym wunderwaffe -- pierwowzorem ładunku kumulacyjnego. Konflikt zbrojny poprzedziło również pojednanie się ze Stwórcami - najpierw Turcy bili pokłony Allahowi, potem nasz waleczny ksiądz pobłogosławił stronę chrześcijańską. Notabene był to najlepszy ksiądz bojowy po tej stronie Mississipi, wystylizowany nieco na łowcę czarownic. Nie widziałem co prawda jego słynnego ataku zatrutym kadzidłem, ale szabelką i bronią palną władał całkiem sprawnie.

Po zakończeniu modlitw rozpoczął się szturm. Turcy mieli sporą siłę ognia, zanim ruszyli na nas z żelazem poczęstowaliśmy się wzajem ołowiem. W pewnym momencie Turkom rozpukła się armata i pozostały im rozwiązania bezpośrednie. Zgodnie z ustaleniami nasz dzielny regiment delegował do każdego natarcia kilku siepaczy, ale szalę zwycięstwa zdecydowanie przechylili na naszą stronę pancerni słowaccy rajtarzy. Niedobitki pogonionej tureckiej armii schroniły się w twierdzy a my poszliśmy coś wrzucić na ruszt.

Po jedzeniu niemal wszyscy rozpełzli się po sklepach, sklepikach i straganach, w których można było kupić węgierskie mydło i powidło. Powodzeniem cieszyły się wina (standardowy tokaj w markecie kosztował kilka złotych, a za -naście można było kupić naprawdę zacny trunek ze stoiska licznie reprezentowanych, małych winiarni), piekielnie ostry wurst oraz wyroby stolarskie.

W takiej sytuacji zastał nielicznych obozowiczów alarm bojowy, ogłoszony dobre czterdzieści minut przed czasem. Pod nieobecność dowódcy zapanowała panika, Armand prawie zgubił blachy wracając biegiem z tureckiej delegacji a sprytny krakowski element dokonał przewrotu i przejął władzę nad Podolish Regimentem. Na szczęście po pół godzinki prażenia się w słońcu nieobecni dołączyli do nas i mogliśmy w komplecie ruszyć zdobywać mury twierdzy.

Taktyka była prosta: mieliśmy zakraść się pod mury, wysadzić bramę naszą Patarą i zmiażdżyć turecki opór błyskawicznym natarciem. Tak też się stało: nasz oddział szedł w drugiej linii i zdołał oddać tylko jedną salwę zanim przeciwnicy złożyli broń. Jak zwykle nie było czego zbierać po przejściu pancernej rajtarii.

Podziękowania i przemowy nie trwały długo i już o 16tej wróciliśmy do obozu by rozpocząć pakowanie. Dzięki pomocy gospodarzy, którzy udostępnili busa do przewozu gratów (autobus nie był w stanie wjechać na pole namiotowe) poszło dość sprawnie.

Wrocławski konwój wyruszył do domu przed 18tą, do domu dotarliśmy zaliczając umiarkowaną ilość przygód oraz napotykając nieprzeciętną ilość zwierzyny łownej (dwa austriackie jamniki, bażant samobójca, kilka saren -- w tym dwie bez głowy, małposzczur z Sumatry, wilk oraz bardzo niepokojący pan spotkany w środku lasu).

Wyjazd był męczący (jazda w 5 osób w aucie przy 600km wycieczce przypomniała nam stare czasy) ale bardzo przyjemny, panowała rodzinna atmosfera. Zawsze mogliśmy liczyć na pomoc Isztvana/Stefana, Imre i ich kolegów, chociaż czasem miałem wrażenie że łatwiej byłoby nam się dogadywać na migi, bo niezależnie od tego jak szczegółowe było pytanie odpowiedzią zawsze było OK ;) W każdym razie jeśli za rok polska delegacja znowu podwoi swój stan osobowy, bez jednego strzału nakryjemy Turków czapkami.

Kruku

Zdjęcia z imprezy można znaleźć m.in. galeriach:

Jako ilustracje niniejszego tekstu wykorzystałem fotografie z powyższych źródeł.