Imprezy

Relacje z imprez w których braliśmy udział.

Schola Militaris

Wrocław, 2011-04-16

Dzięki determinacji Tomka Rejfa, fantazji Armanda oraz długim mackom Sawy udało się w końcu (zaledwie za trzecim podejściem) przeprowadzić Scholę Militaris -- siedemnastowieczne warsztaty poświęcone głównie manewrom piechoty zachodniego autoramentu.

Do Wrocławia zjechało się kilkadziesiąt osób z całej Polski (od Gdańska aż po Lublin) aby otworzyć sezon ćwicząc się między innymi z myślą o wspólnych wyjazdach na zagraniczne imprezy. Odwiedziła nas również zwarta ekipa z węgierskiej grupy Bethlen Gábor Hagyományőrség, która przywiozła ze sobą Tureckiego Ambasadora.

        

Większość zgromadzonych obszyta była na modłę zachodnią, ale we wspólnych warsztatach uczestniczyli również reprezentanci polskich/węgierskich formacji.

      

Oficjalna część imprezy odbyła się w sobotę. Z pewnym opóźnieniem (odcięto nas od zaopatrzenia) ruszyła kuchnia rozstawiona w przytulnym zakątku dziedzińca a zgromadzone wojsko ćwiczyło musztrę manewrową wg Wallhausena pod komendą Tomka Rejfa. Dla wielu żołnierzy było to pierwsze spotkanie z językiem germańskiego oprawcy, ale podczas kolejnych treningów widać było postępy. Z powodu bardzo różnego poziomu wyszkolenia nie starczyło czasu na strzelecką musztrę wg de Gheyna, ćwiczyliśmy więc spolszczone komendy strzeleckie. Dzięki dostarczonym z sadu Łosiów tyczkom udało się również uzbierać blok kilkunastu kandydatów na pikinierów, których szkolił As Pik, czyli Armand.

W międzyczasie odpowiadaliśmy na pytania licznie zgromadzonej publiczności, nieliczni szermierze kłuli się po maskach, Mania zabawiała zapoznane dzieci a panie oddawały się ciężkiemu kuchennemu lenistwu ;)

Efektem tego ostatniego (w połączeniu z przepisami dostarczonymi przez Tomka Rejfa) były warsztatowe potrawy -- potrawka węgierska, naleśniki oraz zjawiskowa wodnista zupa z jajek o smaku ryby (sic!). Myślę, że ta zupa cieszyła się powodzeniem w XVIIw, zwłaszcza w krajach które nie miały dostępu do morza ;) Potrawy, chociaż nietuzinkowe, nie były niestety w stanie zaspokoić apetytu wszystkich chętnych do degustacji. Dlatego kwestie żywienia musimy dopracować w przyszłej edycji Scholi.

     

Oprócz manewrów zachodnich Madziarzy pokazali scenkę, w której zaprezentowali tajniki szkolenia piechoty węgierskiej z użyciem specjalnej techniki masażu. Koledzy z Roty byli wyraźnie zainteresowani, widziałem że przystąpili potem do własnych ćwiczeń.

      

Równolegle, w narożniku dziedzińca Łosiu rozstawił mały kącik łuczniczy. Ta nieplanowana atrakcja wzbudziła zainteresowanie kilku łuczników oraz publiczności, która również miała okazję postrzelać (i niestety napsuć Łosiowi trochę strzał).

Niezbyt wypaliły warsztaty taneczne, które nie miały wyznaczonego czasu w programie imprezy. W efekcie tańce trwały tylko pół godziny i zostały przerwane przedwcześnie przygotowaniami do potyczki.

A potknęliśmy się zaczynając od ataku hajduków (Rota + Madziarzy) na obóz pludracki. Efekt strzałów potęgowała zamknięta przestrzeń dziedzińca. Muszkieterowie tracili pole, część z nich schroniła się w wieży, z której potem wyskoczyła na tyły npla. Potyczka była krótka, ale dość sympatyczna (nikomu nic się nie stało).

Przed 19tą zebraliśmy się wszyscy i uzbrojeni po zęby, przy dźwiękach bębnów i zarzynanej kozy wyruszyliśmy pochodem na rynek w kierunku Piwnicy Świdnickiej zrealizować marzenie Armanda (a przy okazji napić się Białego Barana -- tamtejszego piwa ;) Do naszej dyspozycji oddano Salę Rajców, bardzo klimatyczną miejscówkę, co widać na załączonych poniżej fotkach Tomisza. Piwnica ugościła nas ostrym bigosem i pierogami, a gdy skończyło się postawione piwo niejeden ruszył by napełnić dzban własnym sumptem. Nasze miłe posiedzenie rajców było z pewnością ciekawym punktem programu. Należy zaznaczyć, że właściciel zaprosił nas bez jakichkolwiek zobowiązań, za co niniejszym dziękujemy. Pośpiewaliśmy trochę, pogadaliśmy, wymieniliśmy się upominkami z Madziarami i wróciliśmy do obozu w Arsenale po drodze uzupełniając zaopatrzenie w pobliskim monopolowym.

Dopiero przy ognisku rozwiązały nam się języki i nawiązaliśmy lepszy kontakt z kolegami z nad Balatonu. Co prawda nasze nagłośnienie zostało zwinięte i nie byliśmy w stanie pobrykać przy kontredansach, ale Węgrzy mieli ze sobą zestaw instrumentów plemiennych. Nauczyli nas więc kilku prostych tańców-obłapiańców, a naszego leśnika zarazili pasją bębniarską (podobno Jarek zamierza założyć siedemnastkowy boysband). Koledzy od szabli przeprowadzili też bardzo fajną grę z użyciem bitych przez siebie monet okolicznościowych.

Impreza przy ognisku trwała dość długo (ja padłem przed czwartą, ale byli lepsi), rano rozpoczęły się niestety pożegnania i wyjazdy. Arsenał przywróciliśmy do porządku wczesnym popołudniem.

Pierwsza Schola, choć nie pozbawiona wad organizacyjnych, pokazała potencjał tego typu imprez. Żaden polski siedemnastkowy oddział nie jest w stanie samodzielnie wystawić tak dużej jak zgromadzona na Scholi ilości pikinierów i muszkieterów do manewrów. Na imprezach inscenizacyjnych zazwyczaj nie ma czasu na wspólne ćwiczenia. Od jakiegoś czasu wszyscy staramy się standaryzować zachodnie komendy a na imprezach zagranicznych jesteśmy traktowani jako jedna formacja. Naturalną koleją rzeczy są więc wspólne manewry na których jest okazja wymienić się doświadczeniami oraz płynami ustrojowymi (naturalnie mam na myśli krew, pot i łzy ;)

     

Poza tym udało się na nowo odkryć Arsenał -- świetne miejsce z chętnym do współpracy kierownictwem. Myślę, że spotkamy się jeszcze na tym urokliwym dziedzińcu.

Do zobaczenia na przyszłej edycji Scholi!
Kruku

Wykorzystane jako ilustracje zdjęcia zostały udostępnione przez Piotra Janickiego (goyo). Dziękujemy.