Imprezy

Relacje z imprez w których braliśmy udział.

Turniej w Grodźcu

Grodziec, 2000.04.29-05.01

Turniej w Grodźcu rozpoczął nasz letni sezon. Był to nasz pierwszy turniej po zastoju zimowym, więc ruszyliśmy pełni energii i zapału.

Zamek Grodziec zobaczyliśmy już z daleka, usytuowany na sporym wzniesieniu pokrytym lasem*. Można by pomyśleć, że ogarnęło nas przerażenie na myśl o wnoszeniu rycerskiego sprzętu na sporą górkę, ale nic nas nie ogarnęło gdyż siedzieliśmy w wygodnym busiku, który podwiózł nas pod same wrota zamku.

Turniej organizowała Drużyna Rycerska z Grodźca, obecnie pod nazwą Chorągiew Księstwa Legnicko-Brzeskiego. Zakwaterowani zostaliśmy w namiotach, ku przerażeniu dam, ale namioty okazały się tak obszerne, że dało się również urządzić garderobę. Za sąsiedztwo mieliśmy zaprzyjaźnione Bractwo Rycerskie Zamku Chojnik i zaprzyjaźnionych nieco później Krzyżaków. Sporym minusem były warunki sanitarne, a raczej ich brak*. Męskiej części było jak zawsze wszystko jedno, byle by miejsca do walki starczyło, a tego było pod dostatkiem na obszernym dziedzińcu zamkowym. Na tymże dziedzińcu dokonano prezentacji bractw i otwarcia turnieju. Różno-epokowe walki (ponieważ obok średniowiecznego rycerstwa występowali także nasi barokowi muszkieterowie), przeplatane były tańcami w wykonaniu Zespołu Tańca Dawnego Zamku Bolków*.

Ponieważ był to turniej kapitularny (co oznacza w praktyce mnóstwo zakazów i nakazów), a my jako świeży narybek nie byliśmy jeszcze do końca uświadomieni co to oznacza, zdarzyło nam się popełnić kilka wpadek. Nieuświadomieni* beztrosko spacerowaliśmy z plastikowymi butelkami i kubkami z napojami za co zostaliśmy surowo upomnieni przez Panią Miecznikową. Małe nieporozumienie spowodował również jeden z honorowych członków naszego bractwa, Piter zwany Kangurem z Australii. On również nieświadom szalonego niebezpieczeństwa jakie niesie za sobą dotykanie plastiku przechadzał się z butelka napoju, gdy nagle został surowo zrugany przez wspomnianą Strażniczkę Obyczajów. Niestety nieuk ów (mowa oczywiście o naszym Piterze zwanym Kangurem) nie potrafił się wysłowić po polsku i odpowiedział po angielsku. Nastąpiła konsternacja. Zadrażnioną sytuację na szczęście uratował nadchodzący Miecznik, który okazał się bardziej pobłażliwy od małżonki i pozwolił odejść skonfundowanemu Kangurowi bezkarnie, nawet z lekka się uśmiechając.

W wolnych chwilach, których nie było zbyt dużo, zwiedzaliśmy imponujący zamek tarasując sukniami krużganki i wąskie przejścia*. Dużą atrakcją, bardziej dla rycerstwa niż dla widzów, był pokaz ogniomistrza i chodzenie po rozżarzonych węglach, do którego licznie ochotniczo zgłosili się członkowie bractw. Muszę przyznać, ze żaden z rycerzy jęku nie wydał biegając po węglach, natomiast ogniomistrz po każdym przebiegnięciu stawał na mokrej powierzchni chłodząc swe stopy, czego pozostali uczestnicy zaznać nie mogli - tym większą więc trzeba im przyznać dzielność.

Podczas walk, nasi muszkieterowie zebrali duży aplauz od publiczności prezentując się bardzo okazale i malowniczo. Nam, damom, bardzo przypadł do gustu turniej bojowy zorganizowany starannie i z ciekawymi zasadami. Bitwę i zdobywanie zamku, oglądałyśmy z zamkowego tarasu (który jak się później okazało groził zawaleniem - tak przynajmniej napisano w miejscowej gazecie). Podczas zdobywania zamku atakujący byli zdecydowani, ale i obrońcy nie zasypiali gruszek (może powinnam napisać mieczy?) w popiele. Obie strony przykładały się solennie do walki, więc guzów i obrażeń wśród ocalałych nie brakło. Strachu najadła się publiczność, nieopatrznie czasami zbliżając się do walczących. Biedacy nie wiedzieli, że w berserkerskim szale i hełmie na głowie rycerz niewiele widzi, a już najmniej na boki.

Po bitwie ocalała publiczność została stanowczo wyproszona przez ocalałe rycerstwo i rozpoczęto najbardziej oczekiwaną część wieczoru - biesiadę. Niestety wygłodniałe rycerstwo czekał zaledwie malutki kawałek mięsiwa na łeb. Jeden z naszych kompanów, Dżeku zwany Lobo z wielkiego głodu zjadł nawet tackę papierową na której owe kawałeczki podawano, gdyż była z lekka przesiąknięta aromatem strawy. Warto również wspomnieć odwagę naszej koleżanki Asi, która własną piersią obroniła otrzymany kawałek mięsa (kuchmistrz widząc jej drobną posturę, chciał jej dać mniejszą porcję). Podczas biesiady nasze bractwo wymieniało pozdrowienia i wiwaty z zaprzyjaźnionym bractwem z Chojnika.

Po niezbyt sutej, ale mimo to wesołej uczcie, nadszedł czas na tańce i swawole. Mimo skromnego sprzętu, część ta przebiegała tak wesoło, że nie można było nic dojrzeć spoza kurzu wzniecanego przez ochoczych tancerzy, rycerzy, giermków, damy i wszystkich pozostałych. Harce były tak ogniste, że stary zamek z trudem to wytrzymywał i pod koniec zabawy odpadł odeń kawałek muru. Mimo protestów kasztelana, organizatorzy nie przejęli się autorytetem władzy i ponownie włączyli muzykę coby nie przerywać zabawy.

Jednym słowem turniej był udany, pełen wrażeń i wydarzeń. Jeśli jakieś wydarzenie pominęłam, pokornie proszę o wybaczenie, ale pamięć zawodną jest i nie zawsze posłuszną.

Za zabawę gospodarzom pięknie dziękujemy i w nasze progi serdecznie zapraszamy.

Gagatt


* - Gwoli wyjaśnienia: ponieważ nie lubię 'redaktorskiej maniery' dorzucania komentarzy w środek cudzego tekstu, postanowiłem poniżej zebrać wszelkie moje uwagi dotyczące recenzji Agaty. Od opisywanego turnieju minął szmat czasu ale kilka dodatkowych faktów chciałbym uchronić od zapomnienia..

Po pierwsze zamek. Moim zdaniem główny atut turnieju - doskonale zachowany (na tle innych warowni, które dane mi było oglądać), wyposażony w fosę (chociaż suchą), most zwodzony oraz mury obronne z prawdziwego zdarzenia. Korytarzami prowadzącymi wewnątrz murów można było obejść zamek niemalże dookoła, podziwiając m.in. zmyślne wykusze kloaczne umieszczone na środku uczęszczanego przejścia. Innym ciekawym elementem była wysoka wieża, z której można podziwiać panoramę okolicy - efekt potęguje położenie zamku na wysokim wzgórzu. Jednym słowem - perełka, która pewnie jaśniałaby większym blaskiem gdyby nie położenie warowni. W przeciwieństwie do macierzystego zamku Kompanii, zamek w Grodźcu nie ma szczęścia leżeć w łatwo dostępnym dla turystów miejscu. By doń trafić nie wystarczy skręcić z uczęszczanej drogi, zaparkować i wdrapać się 100 metrów - do zamku w Grodźcu trafią tylko bardzo zdeterminowani zwiedzacze. Zwiedzających wirtualnie i poszukujących dokładnych charakterystyk zamku zapraszam na oficjalną stronę Zamku Grodziec.

Sprawa druga: higiena. Jako rzekła moja przedmówczyni - iście średniowieczna. Jako że w Grodźcu spędziliśmy tylko dwa dni, a potem przenieśliśmy się do Bolkowa wyposażonego w (nieliczne ale jednak) prysznice - dało się przeżyć. Ba! Powiem więcej - zmuszeni koniecznością nauczyliśmy się nawet obyczajem naszych przodków korzystać z ichniego odpowiednika toalety - wykusza kloacznego, który okazał się działać mimo braku obsługi i dozoru. Było więc surowo, ale pouczająco.

Trzecia sprawa o której czuję się zobowiązany wspomnieć, to tańce. Fakt, że nasze damy i kawalerowie często prezentowali się na dziedzińcu. Nie należy jednak zapominać, iż swoje trzy grosze miały również inne zespoły tańczące - zgodnie z regułą turnieju kapitularnego prezentowały one głównie tańce średniowieczne.

Dosyć ciekawym zjawiskiem były haftujące damy, towarzystwo ucztujące przy stole nakrytym na średniowieczną modłę czy też gracze w kulki, prezentujący rąbek życia rozrywkowego naszych dziadów. Wywarło to na mnie bardzo pozytywne wrażenie, bo chociaż nieszczególnie interesuję się historią, miło jest uczestniczyć w turnieju podczas którego rycerstwo konsekwentnie trzyma się w epoce, również w wolnych chwilach.

Jak zwykle drażliwa sprawa plastiku wypłynęła na wokandę - od pierwszej imprezy którą pamiętam kasztelan nie raz poruszał temat plastiku na bolkowskich turniejach. Trudno się nie zgodzić ze stanowiskiem 'purystów'. Plastikowe kufle, plastikowe talerzyki - jednorazówki (które stanowią kompromis między dążeniem ku wierności historycznej imprezy a zasobnością kieszeni organizatorów) są po prostu brzydkim zgrzytem. W wypadku oskarżeń pod naszym adresem wina tkwiła chyba w niedostatku sprzętowym (kufla nie ma, a pić trzeba), bowiem poza nielicznymi i świeżymi przypadkami większość z nas pamiętała o tak trywialnych sprawach jak ściąganie zegarków czy przelewanie z plastików w kufle.

Na koniec (ale nic to nie znaczy) zachowałem rarytas, o którym Agata zapomniała, co się nie godzi. Spektakl "W poszukiwaniu kwiatu paproci" w reżyserii Trupy Teatralnej "Waganci", a raczej głównego reprezentanta tejże. Reżyser był również narratorem i akustykiem zarazem, a odtwórcy głównych ról oraz statyści pochodzili z łapanki - znaleźli się wśród nich również nasi kompani i kompanny. Przedstawienie wystawione tuż po zmroku upłynęło przy snujących się wśród dymów, zagubionych w poszukiwaniach sensu Wszechrzeczy bohaterach, którzy wprowadzeni w trans przez monotonny głos narratora miotali się z trudem nadążając za porywającymi wydarzeniami. Zaprawdę, była to opowieść drogi klasyczna i tragiczna zarazem. Niech żałują ci, co nie widzieli - podpowiem tylko, że reedycja spektaklu odbyła się na tegorocznych Świętojańskich Spotkaniach Rycerskich.

To tyle - więcej grzechów nie pamiętam.


Kruku